Nie odpowiedzieli. I wtedy zrozumiałem, że to, co Niemcy tu robili, nie miało nic wspólnego z przesłuchaniem. Nie chodziło o zdobycie informacji, tylko o ich zniszczenie. Trzeciego dnia przyszli po mnie. Wciąż pamiętam dźwięk klucza w zamku, skrzypienie drzwi, ostre światło z korytarza uderzające mnie prosto w twarz.
Dwóch żołnierzy, nie tych samych co poprzedniego dnia, ale starszych. Jeden z nich nosił odznakę, której nie rozpoznałem. Jak mit, chodź. Obserwowałem Marguerite. Odwróciła wzrok. Wstałem. Nogi trzęsły mi się tak bardzo, że o mało nie upadłem. Poprowadzili mnie długim, wąskim korytarzem. Ściany pokrywały brązowawe plamy. Zapach był nie do zniesienia – mieszanka środków dezynfekujących, potu i czegoś metalicznego.
Skręciliśmy w lewo, potem w prawo. Potem weszliśmy po małych schodach i tam zaprowadzili mnie do pokoju, którego nigdy nie zapomnę. Był to prostokątny, zimny pokój, oświetlony dwiema lampami zwisającymi z sufitu. Na środku stało metalowe krzesło. Nic więcej. Przy oknie stał niemiecki oficer. Palił papierosa.
Kiedy wszedłem, powoli się odwrócił. Miał około 40 lat, bardzo krótkie siwe włosy, lodowato niebieskie oczy i spokój, który przerażał mnie bardziej niż jakakolwiek przemoc. Długo na mnie patrzył, a potem się uśmiechnął. Ten ZCI, siadaj. Zawahałem się. Jeden z żołnierzy popchnął mnie w stronę krzesła. Usiadłem.
Policjant podszedł. Położył papierosa na parapecie. Następnie wyjął z kieszeni mały notesik i otworzył go. Hélène du Valallet – powiedział po francusku z wyraźnym niemieckim akcentem – 19 lat, urodzona w Rouen, rodzice zmarli w 1940 roku, od dwóch lat pracuje w fabryce tekstyliów w Louvier. Zamknął notesik.
Nie jesteś bojownikiem ruchu oporu, nie jesteś Żydem, jesteś nikim. Pochylił się tak blisko mnie, że poczułem zapach tytoniu w jego oddechu. Więc dlaczego tu jesteś? Nie odpowiedziałem. Miałem ściśnięte gardło. Uśmiechnął się ponownie. Jesteś tu, bo coś zobaczyłeś, czego nigdy nie powinieneś był widzieć. Wyprostował się.
A teraz pomożesz nam zrozumieć, jak uniemożliwić innym ludziom zobaczenie tego, co ty widziałeś. Zamrugałem zdezorientowany. Nie rozumiem. Nie musisz rozumieć. Przerwał. Musisz po prostu posłuchać. Dał znak żołnierzom. Jeden z nich położył na stole obok mnie małe metalowe pudełko. Oficer otworzył pudełko.
W środku były narzędzia, szczypce, ostrza, strzykawki. Moje zmysły oziębły. „Przeprowadzimy kilka testów” – powiedział spokojnie – żeby sprawdzić, jak daleko może posunąć się zwykły człowiek, zanim całkowicie straci rozum. I wtedy zrozumiałem. Nie byliśmy więźniami, byliśmy królikami doświadczalnymi. Nazywali to Das Programm. Programem.
Dowiedziałem się o tym dopiero znacznie później, lata po wojnie, kiedy spotkałem byłego deportowanego, który pracował jako tłumacz przymusowy dla Vermarthe. Powiedział mi, że Ville Mor na wschodzie nie był zwykłym ośrodkiem zatrzymań, lecz ośrodkiem eksperymentalnym. Niemcy chcieli wiedzieć, jak długo człowiek jest w stanie wytrzymać całkowity brak snu, jedzenia i godności, zanim stanie się psychicznie niezdolny do użytku.
Chciał zmierzyć granice ludzkiego cierpienia. Nie torturować, ale zrozumieć, udokumentować, stworzyć powtarzalny model. A my, kobiety z tej piwnicy, byłyśmy ich obiektami. Ale znacznie później zrozumiałam, że ten program nie był odosobniony. Był częścią serii eksperymentów przeprowadzonych w kilku tajnych ośrodkach w okupowanej Francji.
Miejsca, które nie pojawiły się w żadnych oficjalnych dokumentach. Miejsca, gdzie więźniowie nie mieli imion, tożsamości, nadziei. Byliśmy liczbami, zmiennymi w równaniu, ciałami używanymi do testowania, jak daleko może posunąć się ludzki umysł, zanim całkowicie się załamie. Drugiego dnia zaczęli nas budzić co godzinę. Drzwi nagle się otworzyły.
Ostre światło zalewało pomieszczenie. Żołnierz krzyczał po niemiecku. Musieliśmy natychmiast wstać, stanąć pod ścianą, z rękami za głową. Liczył do 60, powoli, metodycznie, jakby sprawdzał nasze reakcje. Potem wychodził. Godzinę później wracał, wracał i wracał.
To nie było przypadkowe, to było zaplanowane. Wiedział dokładnie, co robi. Zniszczyło naszą zdolność odróżniania dnia od nocy, snu od jawy, rzeczywistości od koszmaru. Po trzech dniach nie wiedziałem już, czy jestem na jawie, czy we śnie. Mój umysł dryfował między dwoma stanami.
Widziałam cienie, które nie istniały. Słyszałam głosy, których nie było. Czasami budziłam się z krzykiem, przekonana, że ktoś mnie dusi, ale nikogo tam nie było. Inne kobiety doświadczały tego samego. Jedna z nich obudziła się z krzykiem, że ma na sobie owady. Drapała się, aż do krwi.
Inna kobieta rozmawiała z niewidzialnymi ludźmi, szepcząc całe rozmowy ze zmarłymi. A żołnierze patrzyli. Robili notatki. Ledwo nas dotykali. Nie musiał tego robić. Niszczyliśmy się sami. Marguerite pękła pierwsza. Zaczęła krzyczeć w środku nocy albo w dzień, nie pamiętałem.
Krzyczała, że chce umrzeć, że nie może już tego znieść, że wolałaby, żeby ją zabił od razu. Waliła pięściami w drzwi, aż krwawiły jej ręce. Błagała, płakała, wymiotowała. Weszło dwóch żołnierzy. Nie uderzyli go. Po prostu patrzyli na nią tym zimnym, klinicznym wyrazem twarzy, jakby była zwierzęciem laboratoryjnym, które nie przeszło eksperymentu.
Potem wywlekli go na zewnątrz. Ona już nie wróciła. I wszyscy zrozumieliśmy w tym momencie, że błaganie jest bezcelowe, że poddanie się oznacza zniknięcie. Więc wszyscy próbowaliśmy się trzymać, milczeć, nic nie okazywać. Ale właśnie tego chciał. Chciał zobaczyć, jak daleko możemy zajść, tłumiąc wszystko w sobie.
Chciał zmierzyć, ile czasu upłynie, zanim nasze milczenie przerodzi się w szaleństwo. Ale jeszcze bardziej przerażające niż fizyczne niedostatki było absolutne milczenie żołnierzy. Nigdy się nie śmiał. Nigdy nas nie obrażał. Prawie nigdy nas nie bił, tylko wtedy, gdy było to absolutnie konieczne, abyśmy byli posłuszni. Zachowywali się jak technicy, jak naukowcy w laboratorium.
Każdego dnia inny oficer przychodził obserwować nas przez małe, zakratowane okienko w drzwiach. Robił notatki w czarnym notesie. Zadawał pytania po niemiecku innemu żołnierzowi. Potem znowu odchodził. Nie rozumiałem niemieckiego, ale w końcu rozpoznałem kilka słów, które często się pojawiały.
Reakcja, Witherst, Zusammenbrur, reakcja, opór, załamanie. Nie byliśmy więźniami, byliśmy danymi. Pewnego dnia jeden z nich otworzył drzwi i zapytał nas łamaną francuszczyzną: „Kto z was ma myśli samobójcze?”. Nikt nie odpowiedział. Powtórzył pytanie głośniej, lustrując nasze twarze. Kobieta, ta, która od kilku dni szeptała po polsku, powoli uniosła rękę. Jego oczy były szkliste.
Wydawało się, że już nie rozumie, gdzie jest. Oficer się uśmiechnął. Dał znak. Weszło dwóch żołnierzy i go zabrali. Wróciła następnego dnia, ale już nie była taka sama. Nie mówiła już, nie jadła. Siedziała w kącie, z oczami wbitymi w ziemię, lekko otwartymi ustami i nierównym oddechem.
Poruszała się tylko, kołysząc się w przód i w tył, powoli, jak zepsuty metronom. Trzy dni później zmarła. Jej ciało zabrano w nocy, bez słowa, bez ceremonii, jakby nigdy nie istniała. Następnego ranka w pokoju pojawiła się nowa kobieta, młodsza, może nawet o kilka lat. Płakała bez przerwy, zwinięta w kłębek w kącie, i cykl zaczął się od nowa.
Dwudziestego drugiego dnia liczyłem, kreśląc niewidzialne znaki w myślach. Zaczęli podawać nam zatrute jedzenie. Nie śmiertelne, ale na tyle silne, żebyśmy się rozchorowali. Biegunka, wymioty, gorączka. Jedzenie miało metaliczny, gorzki smak, ale byliśmy tak głodni, że niektórzy z nas i tak jedli. Inni odmawiali. Woleli umrzeć z głodu, niż przyjąć to, co nam dawał.
Umierali w ciągu kilku dni, powoli i boleśnie. Ich ciała gasły jak świece. Jadłem, bo przetrwanie, nawet w bólu, wciąż było lepsze od śmierci. Ale każdy kęs rozdzierał mi żołądek. Każdej nocy budziłem się spocony, z żołądkiem skręcanym przez nieznośne skurcze. I obserwowali, notowali, mierzyli, ile czasu zajęło nam zachorowanie, ile czasu zajęło nam wyzdrowienie, ile razy mogliśmy się zatruć, zanim nasze ciała przestały reagować.
Ale najgorsze nie było jedzenie, tylko stopniowe odczłowieczanie. Przestali zwracać się do nas po imieniu. Byliśmy teraz tylko numerami. Ja byłem numerem sep. Wytatuowali nam to na nadgarstkach czarnym tuszem. Niezatarty znak. Stałe przypomnienie, że nie jesteśmy już ludźmi. Ogolili nam głowy. Nie ze względów higienicznych, ale po to, by pozbyć się ostatniej rzeczy, która łączyła nas z naszą tożsamością.
Kiedy ogolili mi głowę, płakałam. Nie dlatego, że dbałam o włosy, ale dlatego, że patrząc na siebie w rozmazanym odbiciu wybitej szyby, nie poznawałam siebie. Dali nam identyczne szare fartuchy, za duże, pachnące środkami dezynfekującymi i śmiercią. Były poplamione zaschniętą krwią, krwią innych kobiet, które były tam przed nami.
A potem kazali nam stać nago godzinami w lodowatym pomieszczeniu, podczas gdy funkcjonariusz badał nasze ciała jak zwierzęta laboratoryjne. Zmierzył nas, zważył, obejrzał nasze zęby, paznokcie, oczy. Mówił o nas w trzeciej osobie, jakby nas tam nie było. Wczoraj nie minęło dużo czasu.
Ten jest zbyt słaby, nie potrwa długo i powoli coś w nas zaczęło obumierać. Nie nasze ciała, ale nasze człowieczeństwo. Przestaliśmy patrzeć sobie w oczy. Prawie ze sobą nie rozmawialiśmy. Po prostu istnieliśmy. Oddychaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy na śmierć. Albo, co gorsza, czekaliśmy, by stać się jak ten, który już był martwy w środku.
Była wśród nas kobieta o imieniu Elise. Miała 22 lata. Przed wojną była nauczycielką. Często mówiła do mnie cicho w tych rzadkich chwilach, gdy nie było żołnierzy. Opowiadała mi historie, historie ze swojego życia sprzed wojny, o swoich uczniach, o małym domu, który dzieliła z siostrą, o marzeniu o zostaniu pisarką.
Kiedy stąd wyjdziemy, powiedziała mi: „Zapiszę to wszystko. Opowiem, co nam zrobili, żeby świat się dowiedział”. Chciałam jej wierzyć, ale w głębi duszy wiedziałam już, że żadne z nas nie wyjdzie stamtąd żywe. A jednak Elise wciąż mówiła, wciąż marzyła, wciąż wierzyła.
Była jedyną, która nie dała się złamać, jedyną, która wciąż miała błysk w oku. Ale żołnierze ją zauważyli i postanowili ją testować, aż do dnia, w którym przyjdą po nią na to, co nazwali ostateczną oceną. Weszło czterech żołnierzy. Wskazali na Elise. Powoli wstała. Jego twarz była spokojna, niemal pogodna.
Zanim wyszła, spojrzała na mnie i powiedziała: „Jeśli nie wrócę, pamiętaj o mnie”. Skinąłem głową ze łzami w oczach, a ona odeszła. Wróciła sześć godzin później. Jego twarz była szara. Jej ręce drżały. Nie mogła już normalnie chodzić. Jeden z żołnierzy dosłownie wrzucił go do pokoju. Upadła na ziemię. Rzuciłem się w jej stronę.
Hej, co ci zrobili? Spojrzała na mnie. A jej oczy? Jego oczy nie były już ludzkie. Były puste, bez życia, jakby wyssano z niej wszystko, co czyniło ją człowiekiem. Otworzyła usta i powiedziała monotonnym, mechanicznym głosem: „Powiedzieli mi, że jeśli powiem, że wszystko w porządku, puszczą mnie wolno”. Wpatrywałam się w niego, a serce waliło mi jak młotem.
„I powiedziałaś im”, skinęła powoli głową. „Tak, powiedziałam im, że wszystko w porządku, że nic mnie nie boli, że nie chcę się już opierać”. Uśmiechnęła się okropnym, pustym, złamanym uśmiechem. „A teraz wracam do domu”. Przytuliłam go. Poczułam, jak jego ciało drży w moim uścisku. „Elise, nigdzie się nie wybierasz. Zostajesz tu z nami”.
Ale ona mnie nie słuchała. Mamrotała w kółko. Idę do domu. Idę do domu. Idę do domu. Dwa dni później Éise została wyprowadzona z sali. Już nie wróciła. I wtedy zrozumiałam, co tak naprawdę oznaczała ocena końcowa. To nie było wyjście, to była eliminacja.
Ten, który stawiał opór zbyt długo, został złamany. Ten, który całkowicie się załamał, został wyeliminowany. Nie było szans na przetrwanie. Były tylko różne sposoby, by zniknąć. A ja wciąż tam byłem. Numer 7, ten, który wciąż się trzymał. Ale na jak długo? Dotarłem do pod-dnia. Nie wiem jak. Nie wiem, dlaczego ja, a nie inni.
Z dziewięciu kobiet, które były w tym pokoju, kiedy przybyłem, zostały tylko trzy. Ja, dziesięcioletnia dziewczynka o imieniu Anaïs i starsza kobieta, Marie-Claude, która kompletnie oszalała. Marie-Claude milczała. Siedziała w kącie, z kolanami przyciągniętymi do piersi, i w kółko grała kołysankę. Jego oczy były szkliste. Ona już na nic nie reagowała.