Wypisano mnie ze Szpitala Regionalnego św. Łukasza w piątek po południu o 14:40, z trzema szwami w podbrzuszu, torbą pełną dokumentów wypisowych i ścisłym zaleceniem, żeby nie podnosić niczego cięższego niż cztery i pół kilograma przez co najmniej tydzień.
Pielęgniarka zawiozła mnie na wózku do wejścia i grzecznie zapytała: „Czy ktoś po ciebie przyjedzie?”.
Zgodziłem się.
Bo w tamtej chwili wciąż wierzyłem, że moi rodzice przyjadą.
Wysłałem im wiadomość rano, po tym jak lekarz dał mi zielone światło. Nic dramatycznego – same fakty: drobny zabieg, brak komplikacji, stan stabilny, ale odczuwałem ból i potrzebowałem podwózki, bo nie wolno mi było prowadzić. Mama odpowiedziała emotikonką kciuka w górę. Ojciec nie odpowiedział, co w mojej rodzinie zazwyczaj oznaczało, że podjął już w milczeniu decyzję.
Usiadłem więc na zewnątrz pod bladym niebem Kentucky, z jedną ręką na bandażu pod swetrem, starając się nie grymasić za każdym razem, gdy się poruszałem.
Minęło dziesięć minut. Potem dwadzieścia. Wtedy zadzwonił mój telefon.
To była moja mama.