Mieli ją właśnie wyprowadzić, gdy Lucas uniósł rękę.
„Czekaj” – powiedział spokojnie.
Nie widział jej, ale czuł coś dziwnego w jej obecności – coś niezwykłego, co zaburzało spokojny rytm jego świata.
Lily powoli podeszła do niego.
Nie prosiła o pieniądze.
Zamiast tego spojrzała mu prosto w niewidzące oczy i powiedziała z prostą szczerością:
„Twoje oczy nie są zepsute. Coś w nich jest”.
Jonathan Bennett, który obserwował ich z tarasu, zesztywniał z irytacji.
Coś w jego oczach?
Dziewczynka wyglądała na ledwie dziesięć lat.
Czy on naprawdę myślał, że wie więcej niż najlepsi neurolodzy na świecie?
„To niedorzeczne” – mruknął Jonathan.
Ale Lucas wyciągnął rękę i wziął Lily za rękę.
„Niech spróbuje” – powiedział.
Lily położyła swoje małe palce na jego policzkach. Jej wyraz twarzy stał się dziwnie skupiony, jakby przyglądała się czemuś niewidzialnemu.
Potem uniosła powiekę Lucasa.
Głos Jonathana rozbrzmiał w ogrodzie.
„Stój!”
Ale Lily poruszyła się szybko.
Ostrożnym ruchem wsunęła paznokieć pod kącik oka Lucasa.
Potem coś wyciągnęła.
To nie była łza.
To nie był kurz.
To było coś żywego.
Małe, czarne stworzenie, nie większe od paznokcia, wiło się pośrodku jej dłoni. Jego skorupa lśniła oleistym blaskiem, a ciało drgało, jakby reagując na światło.
Jonathan zbladł.
„Co to jest?”