Uczta pasożytów
Jadalnia w rozległym podmiejskim domu mojej matki w stylu Tudorów była arcydziełem performatywnego bogactwa i duszącego, agresywnego perfekcjonizmu.
Była Niedziela Wielkanocna. Dwudziestu pięciu krewnych – ciotki, wujkowie, kuzyni i różni pochlebcy – siedziało stłoczonych ramię w ramię wokół ogromnego, dębowego stołu, zbudowanego na zamówienie. Ciężkie drewno niemal uginało się pod ciężarem absurdalnie ekstrawaganckiej, przygotowanej przez catering uczty. Stały tam wysokie, srebrzyste talerze z antrykotem, lśniące szynki w glazurze, miski z ziemniakami z truflami i kryształowe karafki wypełnione importowanym, pełnym czerwonego wina.