Podczas wielkanocnego obiadu mama upokorzyła mnie przed 25 krewnymi. „Nie jesteś częścią tej rodziny – nie zasłużyłeś na miejsce przy tym stole”. Spokojnie uniosłam kieliszek wina i powiedziałam: „Doskonale. To nie proś mnie o pieniądze”. Roześmiali się, myśląc, że żartuję – aż do następnego ranka.

Uczta pasożytów
Jadalnia w rozległym podmiejskim domu mojej matki w stylu Tudorów była arcydziełem performatywnego bogactwa i duszącego, agresywnego perfekcjonizmu.

Była Niedziela Wielkanocna. Dwudziestu pięciu krewnych – ciotki, wujkowie, kuzyni i różni pochlebcy – siedziało stłoczonych ramię w ramię wokół ogromnego, dębowego stołu, zbudowanego na zamówienie. Ciężkie drewno niemal uginało się pod ciężarem absurdalnie ekstrawaganckiej, przygotowanej przez catering uczty. Stały tam wysokie, srebrzyste talerze z antrykotem, lśniące szynki w glazurze, miski z ziemniakami z truflami i kryształowe karafki wypełnione importowanym, pełnym czerwonego wina.