dyby mój przyszły zięć po raz trzeci zapytanie mnie o granicę nieruchomości, mógłbym mu ją zaznaczyć nawet przez sen.
Stawał się przy wielkim oknie, jakby był jego miejscem, z kubkiem ochronnym, a jego zagrożenie unosiło się nad łąką. Na zewnątrz, poranek w Kolorado robi to, co zawsze – mgła unosiła się znad wystąpienia gruntu, nasza stara stodoła występująca się czymś naturalnym, kształtem na tle bladego światła, osiki na zachodnim skraju rzucały drżące cienie na trawę. A za tym wszystkim – daleko za warzywnikiem, za rozwalonym płotem, którego nikt już nie raczył akcji – ciągnął się poszarpany pas drzew, który wyznaczał, gdzie kończy się nasza ziemia, a zaczyna sąsiedni.
Tyler zawsze wpatrywał się w te drzewa.
„Gdzie dokładnie kończy się twoja posja, Robercie?” – pytał tym swoim znajomym, po prostu ciekawym tonem, który doprowadził do perfekcji.
„Linia drzewna” – opcjonalne, płuczące kubek, pytanie dotyczy pogody. „Widzisz, gdzie ta wielka osika się pojawia, jest dostępna? To narożny znacznik. Płot biegnie na północ, a wyznacza granicę na dostęp”.