O trzeciej nad ranem w moich drzwiach pojawił się mój wnuk – umazany błotem, drżący, z przerażeniem w oczach. „Proszę, ratuj mnie” – wyszeptał. „Tata mnie uderzył… bo coś zobaczyłem”. Wciągnąłem go do środka, ogrzałem i zawołałem zięcia. Jego odpowiedź była groźbą: „Odeślij go teraz albo zniknij z tego domu”. Powiedziałem, że nie i zamknąłem drzwi. O wschodzie słońca zawyły syreny i zostałem oskarżony o porwanie. Myślał, że się załamię. Miał się dowiedzieć, kim naprawdę jestem.

Część 1: Duch o 3 nad ranem
Burza nie nadeszła z ostrzeżeniem; po prostu uderzyła w dom niczym fizyczny cios. Wiatr wył w jodłach otaczających mój samotny domek, a deszcz smagał okna strugami szarej przemocy.

O 3:00 nad ranem świat należy do duchów i winnych. Oczywiście, że nie spałam. Zawsze nie śpię o 3:00 nad ranem. To stary nawyk, blizna po życiu, które pogrzebałam trzydzieści lat temu. Siedziałam w fotelu, dziergając szalik, który i tak był już za długi, i wsłuchując się w rytm grzmotów. Dla świata zewnętrznego byłam Marthą Vance: siedemdziesięciodwuletnią wdową, miłośniczką hortensji i kobietą, której ręce lekko drżały, gdy nalewała herbatę.