„Może powinnaś zjeść na górze” – powiedziała spokojnie moja synowa, kiedy próbowałam usiąść przy wielkanocnym stole. Gotowałam od 4:30 rano. Ale to był mój dom. Zdjęłam fartuch, podeszłam do szczytu stołu i zrobiłam coś, co zaparło dech w piersiach wszystkim jej gościom…

Rozdział 1: Krawędź lodowca

W tej chwili, gdy wybuch w końcu się skrystalizował, tego ranka, gdy żona jest oparta na syna, mimochodem wyprosić z mojej własnej świątecznej uczty, sznurki mojego posypanego mąką fartucha wtórnego owiniętego przez moje różnice. Nie spałem od czarnego jak smoła godziny trzeciej. Czterofuntowa szynka w miodzie już wytapiała tłuszcz w piekarniku, wypełniając powietrze wtórne, występującem zapachem goździków i pieczonego mięsa. Krem cytrynowy – głęboko cierpki, słonecznożółty miks, którego ubijania dostarcza mnie matka – stygł na granitowym blacie kuchennym. Wycierałem do czystej nazwy płyty każdego dnia przez jeden lat.