Mój brat zabrał mi kartę bankomatową w czwartek, ale prawda była taka, że sięgał po moje życie na długo, zanim wsunął rękę do kieszeni mojego płaszcza. Zanim zrozumiałem, co zrobił, nie tylko ukradł pieniądze. Urzeczywistniał najstarsze rodzinne przekonanie, jakiego mnie nauczono: co moje, podlega negocjacjom, co jego, jest święte, a jeśli zaprotestuję wystarczająco głośno, zostanę ukarany, dopóki nie poznam na nowo kształtu mojego domu.
Ten czwartek zaczął się jak sto innych dni w domu moich rodziców w Columbus w stanie Ohio. Mój budzik zadzwonił o 4:30 rano w małej, przeciągłej sypialni na końcu korytarza. Wyłączyłem budzik, leżałem nieruchomo w ciemności i próbowałem zdecydować, czy ciężar w piersi to wyczerpanie, czy strach. Zazwyczaj jedno i drugie.