Zostałam opiekunką pięciu sióstr po śmierci mamy i przez dwa lata ratowałam nasz dom dzień po dniu — aż w Wigilię ojciec wrócił po budynek, nie wiedząc, że czeka na niego pułapka gotowa od miesięcy

Był plan.

Spojrzałam na siostry.

— W Wigilię przyjedzie znowu — powiedziałam. — I tym razem już z niej nie wyjdzie tak, jak sobie wyobrażał.

Milena zmarszczyła brwi.

— Co chcesz zrobić?

Spojrzałam na zdjęcie mamy nad komodą, potem na choinkę, potem znowu na nie.

— To, czego nauczyła mnie mama — odparłam. — Pozwolić mu wejść prosto we własną pułapkę.

CZĘŚĆ 2

Powrót ojca, fałszywe papiery i wigilijny wieczór, w którym sam wszedł w sidła

W Wigilię śnieg padał gęsto, ciężko, jakby całe niebo próbowało zasłonić to, co miało się wydarzyć.

Dom pachniał grzybami, barszczem i cytrusami. Dziewczynki ubierały się od rana w odświętne swetry, choć wiedziały, że wieczór nie będzie zwyczajny. Zosia trzy razy pytała, czy dziadek z nieba będzie widział nas przez chmury. Lena płakała, bo bała się, że ojciec znów będzie krzyczał. Basia przez pół dnia siedziała z zeszytem od matematyki, ale ani razu nie przewróciła strony. Milena chodziła od okna do okna jak mały, wściekły strażnik. Tylko Ola pomogła mi w kuchni tak cicho, jakbyśmy szykowały nie kolację, lecz operację na otwartym sercu.

O siedemnastej trzydzieści przyszła mecenas Agata Różańska.

Niewysoka, ciemnowłosa, z twarzą spokojną do granic okrucieństwa — ale tylko wobec tych, którzy sądzą, że kobieta w prostym płaszczu nic nie znaczy. Pracowała z nami od roku. Najpierw przy formalnym ustanowieniu mnie rodziną zastępczą dla sióstr, później przy alimentach, które ojciec lekceważył, a w ostatnich tygodniach przy czymś znacznie poważniejszym.

Przygotowała wszystko.

W salonie, za rozsuniętą ścianą z przesuwanych drzwi, czekali jeszcze kurator sądowy, dzielnicowy i notariusz. Nie siedzieli przy stole. Nie miało być widowiska dla sąsiadów. Miało być tylko jedno: kiedy ojciec pokaże, że wrócił po budynek, a nie po córki, już nie będzie miał dokąd cofnąć słów.

— Gotowa? — spytała Agata.

Spojrzałam na siostry.

Siedziały razem na kanapie. Nawet Milena tym razem nie udawała odwagi. Wszystkie patrzyły na mnie tak, jak patrzy się na jedną osobę na łodzi, która niby też się boi, ale trzyma ster.

— Nie — odpowiedziałam zgodnie z prawdą. — Ale i tak to zrobię.

Agata skinęła głową.

— To wystarczy.

Punktualnie o osiemnastej zadzwonił dzwonek.

Nie poszłam sama.

Ola stanęła przy schodach. Milena przy komodzie, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Basia wzięła bliźniaczki za dłonie. Ja otworzyłam drzwi.

Ojciec wszedł pierwszy. Za nim dwóch mężczyzn — jeden w eleganckim płaszczu, najpewniej kupiec, drugi młodszy, z teczką i tanim uśmiechem kogoś, kto bardzo chce wyglądać na notariusza, choć nim nie jest.

Ojciec rozejrzał się po domu z tym samym apetytem, z jakim niektórzy oglądają mięso w witrynie.

— No, proszę. Prawie nic tu nie zmieniłaś.

— Wystarczyło, że nie pozwoliłam niczego wynieść — odparłam.

— Nadal kąsasz. Dobrze. To skróci formalności.

Ściągnął rękawiczki i klepnął teczkę.

— To pan Jurek Domański, zainteresowany kupnem. A to pan Bielski, który pomoże nam z papierami. Lepiej będzie dla wszystkich, jeśli podpiszesz to dziś. Po co dzieci mają wchodzić w nowy rok z takim stresem?

Milena parsknęła krótkim, gardłowym śmiechem.

— Ty się odezwij, jak zapłacisz choć jeden zeszyt z zeszłego roku.

Ojciec posłał jej lodowate spojrzenie, ale wrócił do mnie.

— Uspokój ją.

— Nie — odpowiedziałam. — Dziś nikt nie będzie uspokajał prawdy.

Zaprosiłam ich do jadalni.

Stół był nakryty jak co roku. Dwanaście potraw. Dodatkowe nakrycie. Świeca po mamie. I jej zdjęcie przy choince, to ostatnie, z chustką na głowie i uśmiechem silniejszym od choroby.

Ojciec zauważył fotografię i skrzywił się lekko.

— Nadal to trzymasz?

— Tak. Dzięki temu pamiętamy, kto tu naprawdę budował dom.

Kupiec chrząknął nerwowo. Chyba zaczynał rozumieć, że to nie będzie zwykła transakcja.

Ojciec wyjął z teczki papiery, rozłożył je z pewną ostentacją i stuknął palcem w dolny róg pierwszej strony.

— Tu podpiszesz. Potem tu i tu. Dostaniesz odprawę, jeśli można to tak nazwać, a dziewczynki zamieszkają tymczasowo w mieszkaniu po ciotce Joli. Na początek wystarczy.

Za moimi plecami ktoś gwałtownie wciągnął powietrze. Chyba Lena. Nie odwróciłam się.

— Powiedz to jeszcze raz — poprosiłam spokojnie.

— Co?

— Po co tu wróciłeś.

Prychnął.

— Nadia, nie baw się w teatr.

— Powiedz. Na głos. Przy wszystkich. Po co wróciłeś.

Spojrzał na mnie z irytacją, ale jego pycha była większa od ostrożności. Zawsze była.

— Wracam po to, co moje. Po dom. Po porządek. Po zakończenie tej farsy, w której dwudziestoczteroletnia dziewczyna udaje matkę piątki dzieci.

Wystarczyło.

Spojrzałam na Agatę.

Ta nacisnęła przycisk małego dyktafonu leżącego obok opłatka.

Kliknięcie było ciche, ale ojciec je usłyszał.

— Co to ma znaczyć?

— To, że właśnie powiedziałeś najważniejszą rzecz — odparłam.

Pokręcił głową.

— Nic mi nie zrobisz. Jestem ich ojcem.

— Ojcem? — odezwała się nagle Ola, która przez cały czas milczała. Jej głos był niski, drżący, ale wyraźny. — Ojciec to ktoś, kto przywozi córkę na szycie łuku ortopedycznego, kiedy rozbije kolano. Kto jedzie z młodszą do dentysty. Kto siedzi przy łóżku, kiedy matka umiera, zamiast uciekać do hotelu z kochanką.

Ojciec drgnął.

Kupiec spojrzał już nie na dom, ale na niego.

— Słuchajcie, może ja wrócę innym razem…

— Zostanie pan — powiedziała Agata z salonu, wchodząc wreszcie do jadalni. — Jako świadek.

Za nią pojawił się notariusz, prawdziwy, siwowłosy i chłodny. Potem kurator, a na końcu dzielnicowy.

Ojciec zbladł tak nagle, że przez sekundę wyglądał, jakby sam zobaczył ducha.

— Co to jest?

— To nie jest, panie Marku, kolacja z okazji sprzedaży cudzego domu — powiedziała Agata. — To spotkanie, na którym usłyszy pan oficjalnie, dlaczego nie ma pan żadnego prawa nim dysponować. I dlaczego pańskie dzisiejsze działania mogą zostać potraktowane jako próba oszustwa na szkodę małoletnich.

Jego „notariusz” zrobił pół kroku w tył.

— Ja chyba źle zrozumiałem sytuację…

— Oczywiście, że pan źle zrozumiał — odparł prawdziwy notariusz. — Bo został pan w nią wciągnięty przez człowieka, który nie jest właścicielem tej nieruchomości.

Ojciec otworzył usta.

— To bzdura. Byłem mężem Haliny.

— Był pan — przytaknęła Agata. — Ale dom nigdy nie wszedł do majątku wspólnego, ponieważ został odziedziczony przez panią Halinę po jej matce. Oto akt nabycia. Oto rozdzielność majątkowa. Oto testament. A oto postanowienie sądu rodzinnego, które zatwierdziło zarząd udziałami małoletnich przez najstarszą córkę.

Położyła dokumenty na stole, jeden po drugim.

Jak kamienie.

Ojciec patrzył na nie, jakby zapisany na papierze język nagle przestał być ludzki.

— Nie mogła… — wychrypiał. — Ona nie mogła przepisać wszystkiego dzieciom beze mnie.

— Mogła — powiedział notariusz. — I zrobiła to.

Milena nie wytrzymała.

— Bo wiedziała, że wrócisz jak sęp, kiedy ziemia zdrożeje.

On obrócił się ku niej z furią.

— Zamknij się!

Dzielnicowy zrobił krok do przodu.

— Proszę uważać na ton.

Ojciec spojrzał na mnie.

Po raz pierwszy nie było w tym spojrzeniu pogardy. Było coś gorszego — paniczny głód odzyskania kontroli.

— Nadia… ty to wszystko ustawiłaś?

— Nie — odpowiedziałam. — Mama ustawiła to dwa lata temu. Ja tylko doprowadziłam cię do stołu.

Agata wyciągnęła jeszcze jedną teczkę.

— I to nie koniec. Pana zaległości alimentacyjne wobec córek wynoszą obecnie sto osiemdziesiąt trzy tysiące czterysta złotych wraz z odsetkami. Do tego dochodzi próba posłużenia się nieprawdziwym oświadczeniem o własności oraz nakłanianie do zawarcia transakcji bez zgody ustawowych przedstawicieli małoletnich współwłaścicielek.

Kupiec cofnął się tak szybko, że aż uderzył biodrem o krzesło.