O trzeciej nad ranem w moich drzwiach pojawił się mój wnuk – umazany błotem, drżący, z przerażeniem w oczach. „Proszę, ratuj mnie” – wyszeptał. „Tata mnie uderzył… bo coś zobaczyłem”. Wciągnąłem go do środka, ogrzałem i zawołałem zięcia. Jego odpowiedź była groźbą: „Odeślij go teraz albo zniknij z tego domu”. Powiedziałem, że nie i zamknąłem drzwi. O wschodzie słońca zawyły syreny i zostałem oskarżony o porwanie. Myślał, że się załamię. Miał się dowiedzieć, kim naprawdę jestem.

Ups. „Znajdźcie bachora!”

„Richard” – wyszeptał Miller. „Odłóż kij. Musimy postępować zgodnie z przepisami”.

„Pieprzyć przepisy!” – ryknął Richard. „Porwała mojego syna!”

Snopy światła ich latarek dosięgły mnie. Siedziałem nieruchomo w fotelu, skąpany w cieniu.

„Pani Vance” – powiedział Miller, oślepiając mnie światłem. „Ręce, żebym mógł je widzieć! Wstań!”

Nie ruszyłem się.

„Wyciągnijcie ją stąd” – warknął Richard. „Skujcie ją. Zaciągnijcie do zakładu psychiatrycznego”.

„Richard” – powiedziałem spokojnie. Mój głos nie odbił się echem; przeciął pokój. „Dałem ci szansę na wyjście”.

Richard się roześmiał. Podszedł do mnie, uderzając kijem w dłoń. „Myślisz, że jesteś straszna, Marto? Jesteś niczym. Jesteś pijawką mieszkającą w domu, za który płacę podatki. Gdzie on jest?”

„Jest bezpieczny przed tobą”.

Richard zamachnął się kijem. Nie celował we mnie, celował w lampę na stole, roztrzaskując ją. To była taktyka zastraszania. Miała mnie zmusić do drgnięcia.

Nie mrugnęłam.

„Przeszukajcie dom!” krzyknął Richard do funkcjonariuszy.

Jeden z młodych funkcjonariuszy ruszył w stronę korytarza.

„Panie policjancie” – powiedziałam. „Jeśli zrobi pan jeszcze jeden krok w stronę korytarza, naruszy pan jurysdykcję federalną”.

Młody policjant zatrzymał się, zdezorientowany. „Co?”