O trzeciej nad ranem w moich drzwiach pojawił się mój wnuk – umazany błotem, drżący, z przerażeniem w oczach. „Proszę, ratuj mnie” – wyszeptał. „Tata mnie uderzył… bo coś zobaczyłem”. Wciągnąłem go do środka, ogrzałem i zawołałem zięcia. Jego odpowiedź była groźbą: „Odeślij go teraz albo zniknij z tego domu”. Powiedziałem, że nie i zamknąłem drzwi. O wschodzie słońca zawyły syreny i zostałem oskarżony o porwanie. Myślał, że się załamię. Miał się dowiedzieć, kim naprawdę jestem.

Podszedłem do regału w salonie. Wyciągnąłem egzemplarz „Wojny i pokoju”. Był pusty. W środku stał zabezpieczony telefon satelitarny i Glock 19 z pełnym magazynkiem.

Sprawdziłem komorę nabojową. Metaliczny trzask był dźwiękiem budzącego się mojego dawnego życia.

Zadzwonił telefon stacjonarny.

Nie drgnąłem. Podniosłem słuchawkę.

„Halo?”

„Otwórz drzwi, Martho”.

To był Richard. Jego głos był spokojny, gładki, taki, jakim czarował ławę przysięgłych.

„Richard” – powiedziałem. „Jest późno”.

„Wiem, że mój syn tam jest” – powiedział Richard. „Namierzyłem jego smartwatch. Otwórz drzwi, Martho. Chłopiec jest zdezorientowany. Ma nocne koszmary. Potrzebuje ojca”.

„Ma siniaki, Richard”.

W słuchawce zapadła cisza. Urok wyparował, zastąpiony zimnym, metalicznym zagrożeniem.

„Upadł” – powiedział Richard. „To niezdarny dzieciak. A teraz otwórz drzwi, stara wiedźmo. Albo je wywalę, wyciągnę go i wtedy się z tobą rozprawię”.

„Rozprawisz się ze mną?” – zapytałam.

„Pogrzebię cię, Martho” – syknął Richard. „To ja jestem prawem w tym mieście. Jesteś tylko zgrzybiałym reliktem. Zniknij.

ar, albo sprawię, że znikniesz”.

Spojrzałem na pistolet w mojej dłoni. Spojrzałem na Leo, drżącego na blacie.

„Richard” – powiedziałem głosem pozbawionym babcinego drżenia. „Nie masz pojęcia, co właśnie zacząłeś”.

Rozłączyłem się.