„Rozwodzisz się ze mną kilka dni przed porodem” – powiedziałam cicho.
Evan wzruszył ramionami. „Będzie dobrze. Mój prawnik zajmie się alimentami. Nie jestem twoją odpowiedzialnością”.
Potem wręczył mi kolejny dokument.
Oświadczyny.
„Ożenisz się z nią?” – zapytałam.
„W przyszłym tygodniu” – powiedział z uśmiechem.
Dziecko znów się we mnie poruszyło, ciężkie i niespokojne.
„Wiesz, jak to wygląda” – powiedziałam.
Przysunął się bliżej, ściszając głos.
„Byłaś pomyłką” – wyszeptał zimno. „I szczerze… nic nie wniosłaś”.
To bolało bardziej niż gdyby krzyczał.
Bo mówił serio.
Naprawdę myślał, że nic nie mam.
Że jestem niczym.