„Jak masz na imię?” zapytałam.
„Leo.”
Zaparło mi dech w piersiach.
Imię mojego syna.
Wiatr się wzmógł. Zapach sosen i mokrej ziemi wypełnił powietrze… i coś jeszcze. Coś ostrego. Ozon. Jak tuż przed grzmotem.
„Leo jest…” zaczęłam.
Nie mogłam tego powiedzieć.
Spojrzał na ziemię.
„Wiem” – powiedział cicho. „Wiem, że już go tu nie ma. Ale ja wciąż tu jestem.”
Drzwi chaty zaskrzypiały za mną.
Nie pamiętałam, kiedy je otwierałam.
„Kto cię przysłał?”
„Ciebie.”
Powiedział to bez wahania. Jakby to mnie coś ominęło.
Przyjrzałam się bliżej.
Blizna na jego nodze.
Sposób, w jaki przygryzał wargę.
Wszystko… to samo.
Kolana ugięły się pode mną i uderzyły o werandę.
„Musisz odejść”.
„Powiedziałeś, że już nigdy nie odejdziesz”.
„To było dla niego…”
„Dla kogo?”
Jeśli chcesz kontynuować, kliknij przycisk „Dalej” poniżej ⤵