„Mieszkanie w całości mojej córce Renacie”
W piątek weszłam do kancelarii przy Krakowskim Przedmieściu o jedenastej. Gabinet pachniał starym drewnem i środkiem do czyszczenia mebli. Mecenas Witkowski – siwiejący mężczyzna w okularach na łańcuszku – podał mi rękę i wskazał krzesło.
„Pani mama, pani Zofia Gajewska, złożyła u mnie testament własnoręczny w zamkniętej kopercie w lutym ubiegłego roku” – zaczął spokojnie. „Po jej śmierci otworzyłem go zgodnie z procedurą. Pani brat był obecny przy otwarciu, o czym jest wzmianka w protokole.”
Wyjął z teczki kartkę. Poznałam charakter pisma od razu – te pochyłe, ciasne litery, którymi mama podpisywała kartki świąteczne, listy zakupów, przepisy na ciasta.
„Przeczytam kluczowy fragment” – powiedział notariusz. „Mieszkanie przy ulicy Lipowej 14 w Lublinie zapisuję w całości mojej córce Renacie. Działkę rekreacyjną w Nałęczowie zapisuję w całości mojej córce Renacie. Oszczędności na koncie bankowym dzielę w proporcji: siedemdziesiąt procent dla Renaty, trzydzieści procent dla Grzegorza.”
Siedziałam nieruchomo. Czułam, jak moje dłonie robią się zimne, choć w gabinecie było duszno.
„To… to nie jest po równo” – powiedziałam głupio, bo nie wiedziałam, co innego powiedzieć.
„Nie” – potwierdził mecenas. „I pani brat o tym wiedział od dnia otwarcia koperty.”
„Chciałem, żebyś nie wiedziała”
Wracając do domu, szłam piechotą, choć miałam samochód zaparkowany pod kancelarią. Szłam wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia i myślałam nie o pieniądzach, nie o mieszkaniu, nie o działce. Myślałam o tym, jak Grzegorz stał przy grobie i mówił „po równo” – spokojnym, pewnym głosem, patrząc mi w oczy. Dlaczego skłamał?
Odpowiedź przyszła nie od razu. Najpierw był telefon do Grzegorza, który odebrał dopiero za trzecim razem.
„Wiem, że byłaś u notariusza” – powiedział zamiast dzień dobry.
„Dlaczego mi skłamałeś?”
Cisza. Długa, lepka cisza, w której słychać było jakieś radio w tle – u niego w warsztacie samochodowym zawsze grało radio.
„Bo się wstydziłem” – powiedział wreszcie. „Nie chciałem, żebyś wiedziała, że mama… że mama uznała, że zasługujesz na więcej.”
„Grzegorz…”
„Ty przy niej byłaś. Codziennie. Obiady, lekarze, apteka, te pieluchy pod koniec. Ja wiem, że byłaś. I mama to wiedziała. Ale jak zobaczyłem ten testament, to pomyślałem… że to znaczy, że ja byłem gorszy. Że mnie mniej kochała.”
Oparłam się o framugę drzwi balkonowych. Za oknem kwitły kasztanowce, białe jak świeczki. Przypomniałam sobie, jak mama powtarzała: „Grzegorz to wrażliwy chłopak, tylko nie umie tego pokazać.”